• Bracia Williams rozstrzygnęli w 96. minucie chaotyczny mecz, którego Valencia nie potrafiła odpowiednio zarządzić – mimo wyrównania po pierwszym golu Athletiku i obronionego rzutu karnego w 75. minucie.
  • Rzut monetą w spotkaniu „albo–albo” wypadł po stronie gości, potwierdzając pucharowy romans Athletiku z rozgrywkami KO.

To był kubeł lodowatej wody. Valencia CF przegrała na Mestalla z Athletic Club w chaotycznym meczu, którego nie potrafiła „dobić”. Zespół Corberána zdawał się oswajać zły los po samobóju Sadiqa, odpowiadając golem Nigeryjczyka na remis oraz obroną karnego przez Dimitrievskiego w 75. minucie. Mając po swojej stronie i siły, i morale, Valencia nie umiała jednak rozegrać końcówki, a bracia Williams uciszyli Mestalla w ostatniej minucie, wyrzucając Valencię z Pucharu Króla. Bolesny cios. I bez chwili na otrząśnięcie się – na Mestalla przyjeżdża Real Madryt.

Jak trudno nie wyjść na boisko na sto procent, gdy ponad 40 tysięcy gardeł jeszcze przed pierwszym gwizdkiem domaga się, byś zostawił na murawie życie. Tego doświadczyła Valencia, która rozpoczęła mecz z Athletikiem z wyraźnym zastrzykiem motywacji, podsyconym magią Pucharu. Początek był typowym badaniem sił w starciu o wszystko albo nic, ale to biało-czarni nadawali ton.

Zespół Carlosa Corberána szybko zaczął napierać na rywala, wystawionego w składzie mocno naznaczonym absencjami. Po błędzie Lekuego Rioja wyszedł sam na sam z Padillą – nieco z ostrego kąta i po długim rajdzie – dlatego uderzenie było słabe i trafiło w ręce bramkarza. To było pierwsze ostrzeżenie ze strony skrzydłowego, który w pierwszej połowie był sztyletem na swojej flance.

Valencia wyglądała solidnie ustawiona. Bez futbolowych poematów, ale odbierała piłkę wysoko i składała akcje z sensem. Tyle że w piłce liczą się gole – a tych wciąż brakowało. Groźba była wyczuwalna, choć klarownych okazji jeszcze niewiele.

Zły los i początek „show” Sadiqa

Athletic musiał się obudzić i – nie mając gry – uczynił to potężnym strzałem Nico Serrano sprzed pola karnego, po którym Dimitrievski musiał wybijać na róg. To wystarczyło drużynie Ernesto Valverde, by sprzymierzyć się ze szczęściem i chwilę później, w 26. minucie, objąć prowadzenie w nieszczęśliwej dla Valencii akcji. Po bocznym rzucie wolnym Roberta Navarro Sadiq pośpieszył się z wybiciem i idealnie zgrał piłkę na drugi słupekStole nie zdążył, 0:1.

W mgnieniu oka wszystko się skomplikowało, a mogło być gorzej: rażący błąd Sadiqa sam na sam z bramką. Precyzja, której „wystarczyło” we własnej bramce, zniknęła w tej rywala – Nigeryjczyk trafił kuriozalnie, zamykając kapitalne dośrodkowanie Riojy, gdy wystarczyło wstawić nogę.

Co Sadiq zabiera, to Sadiq oddaje

Valencia nie spuściła głowy i w meczu pełnym pomyłek doczekała się błędu Athletiku. „Ochotnikiem” został Padilla, który nie wyciągnął wniosków z niekończących się wrzutek Riojy. Przy jednej z nich, gdy wydawało się, że piłkę złapie, wypuścił ją z rąk, a Sadiq dołożył stopę i odkupił winy, doprowadzając do 1:1 w 35. minucie ku ekstazie Mestalla.

Po wyrównaniu Valencia weszła jeszcze wyżej, generując ciągłe zagrożenie. Rioja nadal sypał sól na baskijską ranę, a każda jego akcja bolała. W niemal bliźniaczej sytuacji do tej z fatalnym pudłem Sadiqa, a także do gola, Danjuma mógł zdobyć drugą bramkę, lecz zabrakło odpowiedniego kąta. Chwilę zmarnowano – sędzia odesłał zespoły do szatni przy remisie.

Po przerwie wyzwaniem było utrzymanie wznoszącej krzywej z końcówki pierwszej połowy – i to się nie udało. Valencia straciła kontrolę, a mecz zamienił się w wahadło z okazjami po obu stronach. Mimo to pierwszą klarowną sytuację po zmianie stron znów miał Sadiq, który z dobrej pozycji powinien trafić na 2:1.

Kontuzja Copete

Około 60. minuty przyszedł cioskontuzja Copete, którego zmienił Tárrega. To otworzyło karuzelę zmian: Hugo Duro za Sadiqa u Valencii, a u Athletiku Guruzeta, De Galarreta i Yuri.

W zamieszaniu i braku adaptacji po roszadach blisko gola był Foulquier, wygwizdywany przez Mestalla. Po ładnie rozegranej akcji prawą stroną Beltrán podał prostopadle do „Guadalupe”, który zamiast cofnąć piłkę uderzył w słupek. Chwilę później Valverde wprowadził braci Williams.

Zbawca Dimitrievski

Mecz nadal szarpał się w obie strony, aż przyszła szalona chwila Athletiku. Po dośrodkowaniu Baskowie wywalczyli rzut rożny, lecz sędzia nie pozwolił go wykonać, ku zdumieniu trybun. Dopiero po chwili wszyscy zrozumieli, że sprawdzana jest ręka Tárregi przy wybiciu. Ponad pięć minut analizy – niepojęte, bo ręka była wyraźna. Po obejrzeniu na monitorze: rzut karny.

W tym szalonym spektaklu brakowało jeszcze jednego rozdziału – i Dimitrievski postanowił go napisać. Macedończyk odczytał zamiary Jauregizara i obronił jedenastkę w 75. minucie, wywołując kolejny szał na Mestalla.

Inercja znów sprzyjała Valencii. Futbol nie płynął, pomysłów było mało, ale pchał ją doping. W absolutnym chaosie wystarczało zrobić właściwy krok we właściwym momencie. Valencia była o włos od uniknięcia dogrywki: po wyjściu spod pressingu Ugrinić zagrał idealnie do Hugo Duro, lecz gdy wszystko sprzyjało strzałowi, Monreal zatrzymał go ślizgiem.

Z chaosu… książę Pucharu

I tak, jak Valencia mogła uniknąć dogrywki – tak Athletic ją ostatecznie wyeliminował. Gospodarze mieli wszystko po swojej stronie, ale zabrakło odwagi, sił – albo jednego i drugiego. A że brakowało też futbolu, Ramazani stracił piłkę wysoko przy źle ustawionym zespole. Nico Williams poprowadził kontrę i wystawił piłkę marzenie bratu Iñakiemu Williams, który uciszył Mestalla. 1:2potężny cios. Bez czasu na reakcję: Athletic w półfinale, Valencia – wyeliminowana, która będzie musiała przyjąć w weekend zespół Królewskich.