Valencia – Rayo: biel na trybunach, mrok na boisku (1-1)
- Valencia robi krok w stronę utrzymania, ale remis rozgniewał kibiców, którzy oczekiwali wersji z San Mamés, a zobaczyli drużynę słabszą od Rayo.
- Madrytczycy dominowali w pierwszej połowie i zmarnowali rzut karny. Po raz kolejny najlepszym piłkarzem Valencii na boisku był bramkarz Stole Dimitrievski.
- Diego López wyrównał po otwierającym golu Lejeune’a, wykorzystując podanie Guerry, którego Corberán zdjął z boiska w 61. minucie. Wszystko wskazuje na to, że Europa — kolejny rok z rzędu — będzie oglądana wyłącznie w telewizji.
Valencianiści przyszli na Mestalla gotowi wziąć udział w inicjatywie „Tots de blanc”, która miała popchnąć drużynę do zwycięstwa pieczętującego utrzymanie w Primera División i pozwolić jej spojrzeć w stronę miejsca dającego grę w Lidze Konferencji w dwóch ostatnich kolejkach. Zamiast tego wychodzili ze stadionu rozgniewani, żegnając piłkarzy i trenera Carlosa Corberána gwizdami oraz okrzykami „¡fuera, fuera!”. W doliczonym czasie szkoleniowiec ponownie usłyszał przyśpiewkę: „Carlos, vete ya”. Mdły remis Valencii CF z lepszym Rayo Vallecano stał się zapalnikiem kolejnego wybuchu frustracji valencianismo. Punkt, który matematycznie przybliża utrzymanie, jest jednocześnie niczym więcej niż kolejną zmarnowaną szansą w podupadłych rozgrywkach, które praktycznie co tydzień rozdają podobne okazje.
Podsumowując: Europa — ten ostatni bilet z siódmego miejsca — ostatecznie się oddala, kolejny rok z rzędu nie zostanie przekroczona bariera 50 punktów, a matematyczne pozostanie w LaLidze musi jeszcze poczekać, choć do końca sezonu zostały już tylko dwie kolejki.
Trafne połączenie głowy i serca jest fundamentem, na którym opierają się najbardziej konkurencyjne drużyny. Valencia Corberána, przez cały sezon działająca na impulsach nagłej konieczności, po 36 kolejkach LaLigi wciąż nie potrafi uruchomić maszyny. Naprzeciw stanęło Rayo Vallecano — pełne serca i spokojnej głowy swojego trenera, Iñigo Péreza — które było blisko całkowitego rozerwania szwów drużyny z Mestalla na jej własnym terenie.
Mimo rotacji — Ratiu, Ciss, Unai López i Alemao rozpoczęli mecz na ławce — madrytczycy weszli na murawę z pełną koncentracją na celu, jakim było zapewnienie sobie miejsca w Europie przez ligę w przyszłym sezonie. Byłby to as w rękawie, z którym mogliby jeszcze swobodniej, bez presji, podejść do finału Ligi Konferencji zaplanowanego na 27 maja. Rayo tego nie znalazło, ale tego szukało. Nie przyjechało na spacer.
W ten sposób Rayo przejęło kontrolę nad meczem w pierwszej połowie. Ze strony Valencii była to odsłona słaba, rozczarowująca. Ciepłe i motywujące przyjęcie z trybun nie doczekało się wsparcia w postaci planu taktycznego, który zneutralizowałby lepsze zajmowanie przestrzeni i wysoko ustawiony pressing gości.
Bezpośrednie i wertykalne, pod batutą Pedro Díaza, Rayo już w 6. minucie wysłało pierwsze ostrzeżenie. I to poważne. Dośrodkowanie „czwórki”, przy którym Renzo Saravia łamał linię spalonego, zakończyło się faulem argentyńskiego bocznego obrońcy na „Pachy” Espino w polu karnym. Randy Nteka wziął piłkę, którą kilka sekund później posłał w słupek, wywołując zbiorową ulgę przy Avenida de Suècia. Stopy Stole Dimitrievskiego przeszły egzamin VAR. O zaledwie kilka centymetrów — bramkarz w momencie uderzenia dotykał linii, więc rzut karny nie został powtórzony.
Odpowiedź w nogach Javiego Guerry
Nieliczne odpowiedzi Valencii nosiły w środku pola podpis Javiego Guerry. Po kwadransie „ósemka” przebiegła wolnym korytarzem przez centralną strefę i uderzyła płasko sprzed pola karnego. Piłka minęła bramkę po ziemi, przy spojrzeniu Augusto Batalli.
Kilka minut później, tuż po klasycznym „Peter, vete ya” z 19. minuty, Rayo już nie wybaczyło. Gumbau dośrodkował z rzutu rożnego, a niepilnowany Florian Lejeune głową skierował piłkę do siatki. 0:1, 20. minuta.
Cios odcisnął ślad na trybunach, a przede wszystkim na piłkarzach. Blanquinegros — tym razem cali na biało, jak na San Mamés — jeszcze bardziej stracili orientację. Nie było śladu po solidarnym i zwartym bloku, który pokazali w Bilbao. Rayo, drużyna z planem znacznie bardziej klarownym i zautomatyzowanym, poczuło krew i ruszyło po drugi kęs.
Pedro Díaz i Gumbau zaczęli dominować nad podwójnym pivotem Guido–Pepelu, a jedno zagranie nad linią obrony zostawiło Ntekę oko w oko z Dimitrievskim. Bramkarz potwierdził, że w tym końcowym fragmencie sezonu jest najlepszym valencianistą. Odczytał intencje Kongijczyka i uratował Valencię przed 0:2. I nie był to jego pierwszy popis — już w początkowych minutach spotkania opuszkami palców wybił dośrodkowanie pachnące golem.
Po upływie pół godziny Corberán musiał dokonać zmiany z konieczności. Saravia poczuł ukłucie w udzie i musiał ustąpić miejsca Unaiowi Núñezowi. Wrażenia nadal niepokoiły trybuny, zdesperowane nieobecnością Umara Sadiqa, bohatera z Bilbao, w wyjściowym składzie. Tym razem jednak kibice powstrzymali się przed przedwczesnym atakiem na trenera.
Wtedy Valencia odżyła dzięki odwadze. Jak zwykle sięgnęła po serce. Najpierw po podaniu Guerry do rozpędzonego Luisa Riojy, którego zatrzymał nadciągający niczym pociąg towarowy potężny Nobel Mendy. Chwilę później Senegalczyk sam został jednak zaskoczony subtelnością Diego Lópeza w polu karnym. 1:1, 39. minuta. „Guajín” skierował piłkę do bramki po stronie bramkarza, wykorzystując podanie wzdłuż bramki od Guerry, który sprytnie uwolnił się przy wyrzucie z autu.
Druga połowa rozpoczęła się przy remisie — nagrodzie, na którą gospodarze nie mogli narzekać i która dla obu zespołów oznaczała kolejny krok w stronę utrzymania w Primera División. Dla madrytczyków jest to cel zwyczajowy. Dla valencianistas — kara od czasu, gdy administracja Lima przejęła klub, by pomniejszać wielkość, którą historycznie posiadał.
Przy niższych obrotach niż w pierwszej części obaj trenerzy postanowili przebudować układankę około godziny gry. W Rayo Iñigo Pérez przywrócił trzech podstawowych zawodników: Alemao, De Frutosa i Cissa. W Valencii Corberán zaryzykował zbyt mocno, zdejmując Guerrę — najlepszego w swojej drużynie obok Dimitrievskiego — aby wprowadzić Largiego Ramazaniego. Filip Ugrinic pojawił się w miejscu Pepelu, a Sadiq zastąpił Hugo Duro. Dwóm ostatnim trudno było przełknąć tę zmianę. Jesús Vázquez dał natomiast oddech José Gayi na lewej stronie.
Zmiany niczego nie zmieniły
Nowe elementy na murawie, mimo nieskończonej wiary, jaką budzi Sadiq, nie poprawiły obrazu drużyny w meczu, który wraz ze zbliżającym się końcem tracił odwagę po obu stronach. Na dziesięć minut przed końcem kibice próbowali dać Valencii to, czego nie dawała jej ławka. Valencia próbowała, choć nie miała innych argumentów niż ofiarna i nieporadna walka nigeryjskiego napastnika. Jedyną konkretną próbą była główka Césara Tárregi po rzucie rożnym w 90. minucie.
Mestalla straciła cierpliwość i ponownie zażądała odejścia Corberána, na którego zrzuca odpowiedzialność za klub pozbawiony kogokolwiek u steru. Kiat Lim, prezydent na odległość, planował w tych dniach podróż do miasta, ale kilka dni temu odwołał ją do odwołania. Fotel prezydenta jest na stadionie tak samo pusty, jak worek ambicji w klubie.
Nie może być innej interpretacji: z dorobkiem 43 punktów przewaga nad strefą spadkową wynosi cztery oczka, a do zdobycia pozostało sześć punktów — przeciwko Realowi Sociedad i FC Barcelonie. Iście karkołomne zadanie, by wywalczyć chociaż jeden dodatkowy punkt na koniec sezonu.
Niestety tez zespół nie potrafi rozegrać dwóch dobrych meczów pod rząd…