Akademia Atlético zawstydza Valencią (0-2)
- W przeciwieństwie do Sevilli i Elche, Valencia nie potrafi pokonać drużyny pełnej młodzieży, myślącej już o Lidze Mistrzów.
- Gole wychowanków Luque i Cubo mocno uderzają w Los Ches, którzy teraz muszą czekać, aż Sevilla i Alavés nie wygrają swoich spotkań.
Valencia CF zmarnowała swój pierwszy „match ball” na przypieczętowanie utrzymania w Primera División, przegrywając na Mestalla 0:2 z Atlético Madryt, które wystawiło jedenastkę z czterema zawodnikami z akademii. Gdy logika podpowiadała, że zobaczymy zespół z takim głodem gry jak w dniu meczu z Gironą, Los Ches znów zapadli się na własnym stadionie w starciu z wielkim rywalem — ale rywalem mającym w składzie aż siedmiu wychowanków i z najlepszymi siłami skoncentrowanymi na rewanżu półfinału Ligi Mistrzów, który za trzy dni rozegrają na Emirates Stadium w Londynie przeciwko Arsenalowi.
Valencianiści, mający na koncie 39 punktów, muszą nadal pracować na utrzymanie. Cel ten może się skomplikować, jeśli Alavés i Sevilla — grająca w poniedziałek — wygrają swoje mecze w 34. kolejce. Obecnie przewaga nad Sevillą, pierwszą drużyną ze strefy spadkowej, wynosi pięć punktów, choć Valencia ma już rozegrane jedno spotkanie więcej.
Nieoczekiwana zmiana scenariusza
Mecz rozpoczął się od nieoczekiwanej zmiany scenariusza. Dla Valencii na szali leżało wszystko, ale piłkarze Carlosa Corberána nie byli w stanie pokazać tego na murawie. Ambicja pozostała jedynie nadmiernym pobudzeniem. Atlético Madryt natomiast, z pozycji większego spokoju, wraz z upływem minut na telebimie potrafiło przejąć kontrolę nad przestrzenią i tempem pierwszej połowy — a w praktyce nad całym spotkaniem.
Tuż przed upływem kwadransa przebojowy Nahuel Molina zaczął stawać się prawdziwym bólem głowy dla defensywy Valencii. Sam, choć ustawiony pod kątem, stanął oko w oko ze Stole Dimitrievskim. Jego strzał przeleciał nad bramką. Był to początek gehenny, początek znikania Valencii z boiska.
Kilka sekund później, podobnie jak na Majorce czy tydzień wcześniej przeciwko Gironie, Dimitrievski uratował zespół. Macedończyk powstrzymał pierwszy cios rojiblancos w sytuacji sam na sam z Rodrigo Mendozą. Świadomy wartości tej interwencji, bramkarz celebrował ją dla siebie tak, jakby chodziło o zdobytego gola. Nawałnica jednak miała trwać dalej. Golkiper wypiąstkował na rzut rożny próbę Moliny sprzed pola karnego.
Pocisk z 40 metrów, znów z nogi potężnego argentyńskiego pomocnika, odbił się od prawego spojenia bramki Stole, który tylko patrzył i modlił się, by piłka nie wpadła do siatki. Niedługo później lewy obrońca z akademii Atlético, Julio Díaz — który, swoją drogą, dał popis gry na skrzydle — posłał piłkę nad bramką z dogodnej pozycji w polu bramkowym.
Zarząd klubu nie unika krytyki
Kibice na Mestalla nie mogli uwierzyć w to, co widzą. Atlético — to samo, które w podobnych okolicznościach przegrało z Sevillą i Elche, myślące już o Champions League i trzymające najlepsze atuty na wtorkowy rewanż półfinału Ligi Mistrzów w Londynie — było wyraźnie lepsze od Valencii, która potrzebowała punktów, by potwierdzić pozostanie w Primera División. To był nieoczekiwany pokaz siły wobec wszystkiego, o co grała Valencia.
Nerwy opanowały trybuny, a śpiewane z sektora najbardziej aktywnych kibiców przyśpiewki-ciosy miały ten sam kierunek co przez cały sezon: przeciwko trenerowi i zawodnikom. Tymczasem na loży Ron Gourlay, CEO ds. futbolu, oraz dyrektor generalny Javier Solís pozostawali poza ostrzałem krytyki valencianismo.
Simeone wygrał taktyczną bitwę
Diego Simeone nadal wygrywał na boisku pojedynek z Carlosem Corberánem. Filip Ugrinic wszedł do jedenastki, by zastąpić kontuzjowanego Lucasa Beltrána, a konsekwencje tej decyzji okazały się fatalne. Taktyczny chaos między szwajcarskim pomocnikiem a Largiem Ramzanim sprawił, że na lewej stronie nikt nie schodził w ataku, by wesprzeć José Gayę. Żaden z nich nie potrafił też połączyć drugiej linii z ofensywą z pozycji mediapunty.
Trybuny, zdesperowane widokiem przewidywalnego i pozbawionego argumentów zespołu, zwiększyły decybele protestu przeciwko Corberánowi. Domagano się jego odejścia — „Carlos, vete ya” — a ironicznie również tego, by w niedzielę dał zawodnikom odpocząć. „Jutro jest wolne, jest wolne…” — niosło się z sektora animacji, rozlewając się na kolejne części stadionu.
Po nieudanym uderzeniu głową młodego napastnika wystawionego przez „Cholo”, Rayane’a Belaida, Valencia miała swoją najlepszą i niemal jedyną okazję bramkową w meczu: niski strzał z półobrotu Largiego Ramazaniego. Piłka trafiła w słupek. Dziesięć minut później, przy narastającej złości Mestalla wobec własnych piłkarzy, zakończyła się pierwsza połowa.
Skuteczność Atlético przyszła po przerwie
Historia meczu, niezrozumiale, nie zmieniła się w drugiej połowie. Zmieniła się jedynie skuteczność Atlético, które już do przerwy mogło schodzić z więcej niż jedną bramką przewagi. Rojiblancos nadal kolekcjonowali ostrzeżenia, aż w końcu — jak mówi przysłowie — dzban nosił wodę tak długo, aż roztrzaskał się na kawałki.
Najpierw Molina ponownie stanął twarzą w twarz z Dimitrievskim, ale pomylił się przy zwodzie, dając przewagę bramkarzowi. W odpowiedzi Guido Rodríguez dopadł do bezpańskiej piłki w polu karnym, lecz zabrakło mu precyzji. Szala okazji niezmiennie przechylała się jednak na stronę Atlético. Później Belaid znów oszczędził Valencię, być może z powodu własnego braku doświadczenia.
Po godzinie gry trenerzy dokonali zmian, próbując nadać drużynom impuls — zdecydowanie bardziej potrzebny Valencii. Corberán sięgnął po Hugo Duro i Diego Lópeza, szukając przełamania oraz pazura, których brakowało, choć do końca spotkania oni również nie wnieśli niczego istotnego. Z ławki Atlético „Cholo” odświeżył natomiast swój zespół kolejnymi wychowankami: Cubo i Luque. Ostatecznie to właśnie oni zostali strzelcami goli dla Atlético Madryt. Zakład argentyńskiego szkoleniowca wypalił idealnie — choć trzeba dodać, że szukał tego z większą determinacją i porządkiem.
Potem Simeone dołożył jeszcze drewna do ognia w ataku. Mestalla zamilkło, widząc Koke, a przede wszystkim Griezmanna przy linii bocznej, gotowych do wejścia. Corberán z kolei, zbyt późno, przebudował lewą stronę, wprowadzając Jesúsa Vázqueza i Danjumę.
Końcówka z kontrowersją sędziowską
Iker Luque, po szybkiej akcji Atlético, otrzymał podanie na pozycji mediapunty od Obeda Vargasa i subtelnie skierował piłkę prawą nogą do bramki (0:1, 74. minuta). Osiem minut później swoją nagrodę odebrał Miguel Cubo, po podaniu Antoine’a Griezmanna (0:2, 84. minuta). Akcję poprzedziła kontrowersja, ponieważ wychowanek nie znajdował się na spalonym, ale asystent podniósł chorągiewkę.
Już w doliczonym czasie Munuera Montero anulował gola Umara Sadiqa za faul na Juanie Musso. Ze strony Valencii nie było większej reakcji. Drużyna schodziła z boiska wygwizdana przez sektor animacji, przy okrzykach: „piłkarze, najemnicy”. Corberán ponownie stał się głównym wskazanym winnym. Zarówno trener, jak i zawodnicy znów byli celem przyśpiewek także przy wyjściu ze stadionu, gdzie grupa kibiców zebrała się, by wyrazić wobec nich swoje niezadowolenie.
WSTYD!!!
Kompromitacja. Tylko z rayo mogą jeszcze powalczyć.
Wczoraj się załamałem! Żeby przegrać z rezerwami Atletico.
Nie kreujemy sobie w ogóle sytuacji. Żałosne.